Omega Speedmaster “Michael Collins” ref. 145.012-67

Omega Speedmaster “Michael Collins” ref. 145.012-67

Apollo 11

W Lipcu ’69 Neil Armstrong właśnie pokonywał „mały krok w imieniu człowieka, ale wielki skok dla ludzkości”, Buzz Aldrin, pilot „Orła”, dreptał po Księżycu zaraz za nim, ale gdzie był ten trzeci?

 

Skan zdjęcia z autografami całej trójki, Nate D. Sanders

 

Michael Collins został sam w module „Columbia” i krążył po orbicie Księżyca (spędził 47minut po jego ciemnej stronie z kompletnym brakiem kontaktu z cywilizacją). Czekał na dwóch bohaterów żeby ich po wszystkim bezpiecznie odwieźć na Ziemie. Po misji Collins stwierdził słusznie: „Czułem się częścią tego, co wydarzyło się na Księżycu. Wiem, że byłbym kłamcą lub palantem, gdybym powiedział, że mam najlepsze z trzech miejsc “Apollo 11″, ale mogę szczerze powiedzieć, że jestem szczęśliwy z tego, kim byłem. Przedsięwzięcie zostało zaprojektowane dla trzech mężczyzn i uważam się za tak samo potrzebnego jak pozostałe dwie osoby. ”

 

Prezydent Nixon rozmawia z astronautami Apollo 11 w trakcie ich kwarantanny zaraz po wylądowaniu; fot. NASA

 

Jednak Nixon dzwoniąc z Białego Domu na Księżyc kompletnie zapomniał wspomnieć o Collinsie i rozmawiał tylko z pozostałą dwójką, więc Collins przeszedł do historii jako “zapomniany astronauta”.

 

Michael Collins

Urodził się w 1930 roku we Włoszech, syn attaché wojskowego USA. Ukończył akademię wojskową „West Point”, gdzie kształcił się jako pilot myśliwski i pilot testowy. W 1963 roku dołączył do astronautów NASA. W 1966 był pilotem misji “Gemini 10”, pierwszej, w której statek kosmiczny zacumował na dwóch satelitach po kolei. Odległość 763 kilometrów, na której znaleźli się astronauci stanowiła rekord wysokości osiągniętej przez załogowy statek kosmiczny. Collins był pierwszym człowiekiem, który dwukrotnie odbył spacer kosmiczny. Był również pierwszym, który przeszedł z jednego statku kosmicznego do drugiego, poruszając się za pomocą odrzutowego pistoletu manewrowego.

Jego ulubionym ciałem niebieskim nigdy nie był księżyc, zawsze Mars. Kiedyś powiedział “Księżyc w rzeczywistości nie jest szczególnie interesującym miejscem, ale Mars już z całą pewnością tak.” Ma nadzieję, że wkrótce ludzie będą mogli na nim lądować.

 

 

fot. NASA; fot. GorillaBiscuits (Oct 23 2015)

 

W obecnym świecie najbardziej irytuje go kult „gwiazd” i inflacja bohaterstwa. Mimo swojej natury zrzędy, sam uznaje się za szczęściarza „W moim przypadku było 10 procent genialnego planowania i 90 procent ślepego szczęścia. Napiszcie “Happy” na moim nagrobku. ”

 

Michael Collins podczas konferencji prasowej Apollo 11, Maj 14, 1969. Photo Credit, The Project Apollo Image Archive

 

 

Tak więc, wszyscy kojarzą Apollo 11 i dwóch Księżycowych spacerowiczów, ale nikt nie pamięta o Collins’ie! Dla mnie – pracowity bohater, przesympatyczny introwertyk, ekscentryk i niełatwy rozmówca, „lowę”.

 

Speedmaster Moonwatch

 

 

Chyba wszystko, co można było napisać o Omedze Speedmaster Moonwatch zostało już napisane. Od 57 roku aż do teraz powstała niezliczona ilość wersji kopert, tarcz, wskazówek, dekli, bransolet itd. Są modele bardzo rzadkie spędzające sen z oczu nawet największym w świecie kolekcjonerów, są wersje limitowane, są unikalne, są wręcz graale, których nikt w sumie nie widział. Są wersje mint i wersje jak lubię je nazywać „honest” (szczere, prawdziwe, po prostu używane codziennie przez kogoś kto dba) i są też te zmęczone do bólu, skatanione jakby ktoś wsadził je wielokrotnie do pralki (wtf?!). Uwielbiam je wszystkie. Jest niestety również mnóstwo „frankenów” i zegarków „przygotowanych” do sprzedaży, jak zwykle w takim przypadku: poskładane z części przypadkowych, pomalowane, wypolerowane do granic możliwości. Po wypatrzeniu takiej bezdusznej wypacykowanej sztuki najchętniej napiętnował bym sprzedającego upieprzeniem paluchów przy samej dupie. Tak czy siak, znaleźć coś porządnego ze świata vintage jest coraz większym wyzwaniem. W wypadku starszego Speedmastera, zdecydowanie nie polecam żadnych chrono24, ebay i innych ogólnie dostępnych narzędzi. Żeby trafić coś prawdziwego trzeba po prostu wejść do świata kolekcjonerów, to sprawdzony i najlepszy sposób zminimalizowania ryzyka trafienia na badziew. Polecam zacząć na przykład na omegofarums.net i po prostu zanurzyć się w znajdujące się tam wątki. Nawet na samym forum można ciągle jeszcze trafić piękne vintydżowe „cukierki”, co nie zmienia faktu że trzeba uzbroić się w wiedzę. Jeżeli kiedykolwiek przyjdzie Ci do głowy Speedmaster z lat 80-tych i starszy, to prócz wiedzy zgromadzonej na przykład na speedmaster101.com, książka „Moonwatch Only” to „must-have”! Niesamowite kompendium wiedzy, opisujące wszystkie wersje w najmniejszych szczegółach. Ceny za tego typu książki również powalają, ale uwierz mi, naprawdę warto zainwestować w wiedzę! Druga kwestia, mega istotna, to czas. Trzeba dać sobie czas, nie ma się co spieszyć. Trzy miesiące zgłębiania wiedzy i szukania odpowiedniego egzemplarza to absolutne minimum! Z resztą, jak już pewnie sam wiesz, gonienie króliczka to największy fun i niesamowita zabawa! Sama gonitwa, gdy prawdziwie się zaangażujesz, pozwoli Ci nie tylko poszerzyć wiedzę, ale również poznać niesamowitych ludzi. Uwierz mi, fanatycy Speedmasterów są świetni (Fratello, Time 4A Pint, Hodinkee, Speedmaster101, itd.) Podsumowując: buduj wiedzę, wejdź do świata kolekcjonerów, daj sobie czas – nie kupuj pierwszej sztuki z brzegu. To są w sumie zasady dla każdego kolekcjonera, w przypadku dowolnej marki, szczególnie w świecie vintage, ale uważam, że w przypadku Speedmasterów są to kwestie niezmiernie konieczne, choć dalej nie wystarczające. Koniec końców potrzeba jeszcze szczęścia i kasy 😉

 

Wiem, Speedmaster nie jest dla wszystkich. To w sumie bardzo prosty klasyk, albo się go kocha, albo nie znosi. Dla wielu jest do wyrzygania, bo znajdziesz go na wielu nadgarstkach. Jestem przekonany, że zaraz po Rolex’ie Subie, to drugi najbardziej rozpoznawany zegarek na świecie, nawet dla laików i totalnych zegarkowych ignorantów.

 

Osobiście bardzo lubię całą linię Speedmasterów, chciałbym mieć wiele wersji w swojej kolekcji, ale uważam, że model, którego powinien gonić każdy prawdziwy fan Omegi, to jedna z wersji z sercem cal.321. Jest oczywiście pewien kluczowy problem. Ceny tych zegarków powędrowały tak wysoko i tak szybko w ostatnim okresie, że prędzej czy później musi to pieprznąć. Większość modeli jest daleko, daleko po za zasięgiem nawet bardzo zasobnych portfeli. Ostatnią stosunkowo dostępną cenowo wersją jest 145.012-67. Neil Armstrong i Buzz Aldrin, spacerując po Księżycu mieli na rękach model 105.012. Wspomniany Michael Collins używał właśnie wersji 145.012. Oprócz Collinsa tego modelu używali w kosmosie również: Alan Shepard (Apollo 14) i Tom Stafford (Apollo-Soyuz). Różnice pomiędzy tymi modelami są nieznaczne, ja skupie się bardziej na modelu Collinsa.

 

Speedmaster 145.012-67 – ogólna specyfikacja

Koperta asymetryczna ze skręconymi uszami, 42mm bez koronki, w produkcji od 1964 (od modelu 105.012) aż do dziś (z nie zauważalnymi zmianami). Koperta zakręcona deklem z pojedynczym uskokiem z hipokampem w centrum, napisem Speedmaster u góry i logiem Omegi u dołu. Takie dekle były w produkcji w latach 67-71 i montowano je w modelach 105.012, 145,012 oraz 145.022, oznaczając je od wewnątrz odpowiednią referencją oraz rokiem produkcji. Koronka typu „flat-feet” chociaż były też podobno modele oryginalnie montowane z szerokim logiem. Na pierwszy rzut oka zestaw wygląda identycznie jak referencja 105.012-66, jednak różnice w modelu 012 stanowią nieznacznie większe pushery. Bezel oczywiście DON (dot-over-ninety), taka pierdoła, a jakże istotna.

 

Tarcza przepiękna (moim zdaniem najlepsza wersja), z uskokiem i długimi indeksami, od modelu 105.012 pojawił się napis Professional. Metalowe, nakładane logo Omegi. Taka sama tarcza pojawiała się jeszcze na początku produkcji modelu 145.022 tak zwanego „transitional” bazującego już na cal.861. Wskazówki trytowe, w zestawie ze wskazówką sekundową chrono tzw „drop” z długim szpicem montowano od 63-67 (są też wskazówki serwisowe, te już oczywiście mają luminowę i krótszy szpic). W ostatnim roku tego modelu wstawiano też oryginalnie chrono-sekundę tzw. „flat”, którą używano już do roku 97, odkąd zamieniono tryt na luminowę. Tarcza prezentuje się niesamowicie, szczególne w świetle dziennym. Na tej samej referencji (145.012) zbudowano dwie wersje limitowane, bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów, tzw: „Red Racing Dial” i „Ultraman”.

 

Ultraman, fot. Shucktheoyster.com; Red Racing Dial, fot. Moonwatch Only

 

Jest to ostatni model Speedmastera z mechanizmem 321. Tu montowano wersje drugiej generacji, używaną w latach 64-69. Był to najczęściej produkowany model z cal.321, w tej referencji powstało około 27,000 sztuk. Dla porównania,  modelu 105.012 było około 24,000, a ostatnich modeli w kopercie z prostymi uszami 105.003 tzw. Ed White wypuszczono około 16,000. Wszystkich wersji Speedmasterów na mechanizmie 321 szacuje się na 80-85 tyś, więc całkiem sporo! Mechanizm powstał w oparciu o projekt Alberta Piguet oznakowany 27 CHRO C12 17p. Mechanizmy te były używane od 1941 roku.

 

Kaliber 321, fot. Adam Szloser

 

Bransoleta stalowa w dwóch wersjach 1039/516 oraz 1116/575. Model 1039 z endlinkami 516 montowany w modelach: 105.012-66, 145.012-67. 145.022-68 do -71, jest w sumie identyczny z tym, który zdobił 105.003 (1035), jedyna różnica w endlinkach, bo Ed White ma w uszach 19mm. Bransoleta jest niesamowicie wygodna, oprócz tego, że wyrywa kłaki. Zestaw z bransoletą prezentuje się świetnie, choć jak wiadomo Speedy we wszystkim wygląda dobrze. Skórzany pasek, nato, perlon, co tylko sobie wymyślisz będzie z pewnością pasować.

 

 

 

Na koniec ciekawostka. Mechanizm 321, który znalazł się wewnątrz mojego 145.012, którego udało mi się kupić, w nawiasie mówiąc od bardzo sympatycznego kolekcjonera Speedmasterów, posiada numer seryjny oddalony jedynie o 120szt od numeru, którego używał sam Michael Collins (SN: 26,552,506). W dodatku mój model zgodnie z wyciągiem z archiwum, podobnie jak jego został dostarczony również do US i to w podobnym okresie, a to oznacza… oczywiście kompletnie nic (!), ale dla mnie jako kolekcjonera, to fajny fakt.

 

Udanych łowów!

 

Autor: Adam Szloser

Udostępnij


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o