Tudor Black Bay vs. Omega Seamaster Professional – porównanie

Tudor Black Bay vs. Omega Seamaster Professional – porównanie

Wielu Czasofili stojąc przed zakupem pierwszego divera za ponad 10000PLN ostatecznie dochodzi do wyboru pomiędzy dwoma tytułowymi modelami, w związku z czym – korzystając z okazji posiadania obu – postanowiłem napisać krótkie (subiektywne) porównanie. W każdej z poniższych kategorii przyznam punkty (1-10), które podsumowane wyłonią zwycięzcę. Przyjemnego czytania!

 

Historia marki, prestiż, rozpoznawalność

Cóż, jest to kategoria stricte sentymentalna, ale mimo wszystko postanowiłem się nad tym pochylić, gdyż decydując się na na tak drogi zegarek, kupujemy również niejako “prestiż” danej marki. Tutaj bez owijania w bawełnę od razu wskażę zwycięzcę – jest nią oczywiście Omega.
Tudor co prawda należy do rodziny Rolexa, ale jest “tylko” jego tańszą wersją. Do niedawna praktycznie nie posiadał mechanizmów in-house, na przestrzeni lat miał również kilkukrotnie zmieniane logo (róża na tarczę i na odwót), brak wielkich historycznych osiągnięć (choć były używane m.in. przez NAVY Seals). Marka Tudor powstała w 1926 roku, podczas gdy Omega istnieje od 1848, była na księżycu, posiada obecnie już wiele mechanizmów in-house z autorskim wychwytem co-axial. Również ze strony marketingowej czy rozpoznawalności marki Omega zdecydowanie przoduje.

Punkty:
Omega 9/10
Tudor 7/10

 

 

Koperta

Oba zegarki, mimo współdzielenia takiej samej szerokości koperty (41mm) prezentują zgoła odmienne podejście do tematu divera i zupełnie inaczej wyglądają na nadgarstku.

 

Na początek suche dane techniczne:
Omega: 41x47x13mm, uszy 20mm, WR300m, waga z bransoletą (skróconą do ~17cm) 160g
Tudor: 41x50x13mm, uszy 22mm, WR200m, waga z bransoletą (skróconą do ~17cm) 160g

 

 

Omega przez wielu jest nazywana “biżuteryjnym” diverem i jest w tym sporo prawdy. Wszystko tu się świeci – od charakterystycznej dla SMP bransolety, przez ceramiczny bezel, aż do tarczy. Czy to źle? Uważam, że nie przekroczono granicy dobrego smaku, a wielu klientów kupując zegarek w tej cenie szuka również biżuteryjnego blasku. Nie da się ukryć, że poziom skomplikowania szlifów i kształtu koperty przemawia na korzyść Omegi. Prowadzone na przemian powierzchnie szczotkowane i polerowane, “wykręcone” uszy, przepiękny tłoczony dekiel – to robi wrażenie już od pierwszego spojrzenia. Dodatkowo 20mm rozstaw uszu świetnie pasuje do koperty tej wielkości. Na minus zaliczam pracę bezela, który po pierwsze (z uwagi na charakterystyczny kształt) ciężko złapać, a jak już się uda, to praca bezela nie jest rewelacyjna, a sam bezel ma minimalny luz. Natomiast dużym plusem jest świetna powłoka antyrefleksyjna, przez którą można podziwiać piękną tarczę, do której wrócimy w kolejnym rozdziale.
Dla tych, dla których jednak za wiele tu blasku, a za mało tool-watch’a jest właśnie Tudor!

Tutaj wszystko jest inne. Polerowane są tylko boki koperty. Cała góra koperty oraz bransoleta są szczotkowane, bezel jest z malowanego na mat aluminium, matowa jest również tarcza. W dodatku proste, niemal “ciosane” boki zakończone masywnymi uszami sprawiają, że zegarek wygląda na większy niż jest w rzeczywistości. Jakby tego było mało, optycznie powiększa go również 22mm rozstaw uszu, a całości surowego wyglądu dopełnia prosty dekiel. Mimo podobnych (poza L2L) wymiarów do Omegi, Tudor na nadgarstku wygląda na większy i jest trochę mniej wygodny (co nie oznacza, że jest niewygodny – po prostu Omega jest jednym z najwygodniejszych diverów jakie miałem!). Mimo tej całej surowości, wszystko jest wykonane doskonale i nie brakuje tu smaczków, jak piękne wypukłe szkło czy precyzyjnie szlifowane krawędzie. Najbardziej jednak Tudor guruje w kwestii pracy bezela – nie ma mowy o jakichkolwiek luzach, chwyt jest pewny i wygodny, a precyzję klikania można porównać do zamka w szwajcarskim sejfie.
O dziwo, mimo większej koperty i szerszej bransolety w Tudorze, oba zegarki ważą tyle samo – być może jest to efektem wyższego WR Omegi.

 

Tak samo, jak odmienne było podejście do kopert, podobnie różnią się w zakresie koronek. Koronka w Omedze jest stosunkowo nieduża, jednak jej obsługa nie nastręcza większej trudności. Zarówno zakręcanie, jak i wybieranie odpowiedniej pozycji nastawów odbywa się precyzyjnie. To samo dotyczy koronki zaworu helowego, jednak jeżeli nie nurkujemy profesjonalnie na dużych głębokościach, nie będziemy do niej praktycznie sięgać. Całości dopełnia ładne, precyzyjnie wytłoczone logo Omegi.
W porównaniu z Omegą, Tudor ma koronkę niemal monstrualnych rozmiarów. Potęguje to brak obecnych w Omedze wypustów chroniących koronkę. W Tudorze dla odmiany zastosowano ozdobny kołnierz, którego kolor odpowiada kolorowi bezela. Koronka w Tudorze jest nacinana dużo gęściej po obwodzie niż w Omedze, pracuje równie precyzyjnie (choć z braku daty ma od “obsłużenia” jedną pozycję mniej) i obsługuje się ją ogólnie rzecz biorąc wygodniej, między innymi dzięki rozmiarowi i wysuniętej od koperty pozycji. Jest również ciekawiej zdobiona – wieńczy ją wypełniona czarną farbą róża Tudora, bardzo precyzyjnie wykonana (pytanie jak z trwałością takiego wypełnienia?).

 

Mimo tak wielku różnic, oba zegarki przezentują się świetnie i pasują do idei przyświecającej każdemu z nich.
Odejmuję po punkcie: Omedze za ogólną pracę bezela, natomiast Tudorowi za dużo gorszy AR i aluminiowy insert.

Punkty:
Omega 9/10
Tudor 9/10

Tarcza

Oba zegarki to divery i ich tarcze oddają ten charakter w klasyczny sposób, jednak nie pozbawiony nowoczesności. Szczególnie Omega, z tarczą lakierowaną na wysoki połysk, nakładanym logo czy charakterystycznymi wskazówkami, zarezerwowanymi tylko dla tego modelu wręcz przyciąga wzrok. Cieszy precyzyjne wykonanie okienka daty z zaokrąglonymi brzegami i ramką, a samo tło daty jest czarne, co szczególnie dobrze wygląda w modelu z czarną tarczą. Charakteru nie można również odmówić pięknej matowej tarczy Tudora, z równie oryginalnymi wskazówkami czy “uśmiechniętym” napisem Rotor Self-Winding. W tym modelu Tudor sięgnął do pięknego, historycznego logo w kształcie róży. Całość aż kipi od stylu vintage. Nowszy model, z nowym mechanizmem in-house Tudora jest już pozbawiony części tych smaczków – z tego powodu modele na ETA są obecnie szczególnie poszukiwane i przewiduje się ich sporą kolekcjonerską wartość w przyszłości. Zarówno tarcza Seamastera, jak i Black Baya są pozbawione jakichkolwiek niedoróbek, a na szczególną uwagę zasługuje precyzja wykonania wszelkich napisów na tarczy. Swoją drogą, tych napisów jest tyle ile powinno i nie ma wrażenia przeładowania tarczy. Oba modele są produkowane w kilku wariantach kolorystycznych, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

 

Także pod względem lumy oba zegarki idą łeb w łeb. Jest mocna i świeci długo, choć trochę jej brakuje do najlepszych w branży (czytaj Seiko). Mimo to każdy powinien być usatysfakcjonowany. Dodatkowym smaczkiem lumy w Omedze jest dwukolorowość, gdzie większość elementów tarczy świeci na niebiesko, a wskazówka i znacznik na bezelu są wyróżnione zielonym kolorem. Teoretycznie zabieg ten powinien pomagać w odróżnieniu najistotniejszych elementów tarczy podczas nurkowania. Tarcza Tudora jest w całości pokryta zieloną lumą.

 

 

W zasadzie w tej kategorii ciężko znaleźć jakieś istotne minusy w obu zegarkach. Na upartego możnaby oczekiwać niebieskiego okienka daty w niebieskim Seamasterze. Obecnie w najnowszych modelach (np. Aqua Terra z 2017 roku) stosuje już takie rozwiązania, więc myślę że można się spodziewać tego w następnym modelu Seamaster Professional.

Punkty:
Omega 9/10
Tudor 10/10

 

Bransoleta

Nie będę ukrywał, że jestem fanem bransolet, więc postanowiłem opisać je w osobnym rozdziale, tym bardziej że jest o czym pisać. Zacznę od tego, że oba zegarki mają bardzo wygodne i świetnie wykonane bransolety. Poszczególne elementy są skręcane – w Omedze za pomocą dwóch małych śrubek po bokach i pinu między nimi, natomiast w Tudorze jedenej długiej śrubki na szerokość całej bransolety. Oba rozwiązania są w sumie równie skuteczne, choć drobne elementy w Omedze łatwiej zgubić podczas operacji skracania.
Bransoleta Tudora ma 22mm szerokości w uszach i zwęża się ku zapięciu, podczas gdy bransoleta Omegi ma 20mm po całej długości. Skoro już jesteśmy przy uszach nie sposób nie wspomnieć, że spasowanie bransolety z uszami jest dużo precyzyjniej wykonane w Tudorze.

 

Również praca zapięcia w Tudorze jest odrobinę lepsza, a to za sprawą świetnie rozwiązanych zatrzasków realizowanych przez ceramiczne kuleczki. “Klik” zapięcia jest bardzo precyzyjny i dzięki zastosowaniu ceramiki nie powinien się “wypracować” przez bardzo długi czas. Zapięcie jest zabezpieczone zapadką z drugiej strony, więc raczej nie można tutaj mówić o jakimkolwiek przypadkowym odpięciu. Również w zapięciu mamy trzystopniową mikroregulację długości bransolety, co z jednej strony trochę psuje wygląd zapięcia, jednak z drugiej pozwala na bardzo precyzyjne dopasowanie do każdego nadgarstka. Wszystkie elementy zapięcia są wykonane bez zarzutu i sygnowane przez Tudora.

 

Zapięciu Omegi również trudno odmówić urody. Względem poprzednich modeli producent zdecydował się na ograniczenie ilości napisów na zapięciu co moim zdaniem wyszło na plus. Frezowane logo marki jest wykonane bardzo precyzyjnie. Sposób odpinania jest zrealizowany inaczej niż w Tudorze – w Omedze służa do tego dwa przyciski po bokach zapięcia. Całość pracuje z dużą precyzją, jednak należy użyć odrobinę więcej siły do zapięcia bransolety niż w Tudorze. Należy podkreślić fakt, że zapięcie zwalnia tylko obustronne naciśnięcie przycisków – w razie przypadkowego naciśnięcia jednego z nich, bransoleta nie zostanie rozpięta. W zapięciu Omegi próżno szukać mikroregulacji, jest natomiast rozszerzenie nurkowe (diver’s extension) używane podczas nurkowania w piance, którego z kolei próżno szukać u Tudora. Regulacja długości bransolety jest w Omedze realizowana poprzez pełne i pół-ogniwa, jednak nie jest to aż tak precyzyjne rozwiązanie jeżeli ktoś szuka idealnego dopasowania. Na szczęście Omega ma w swojej ofercie również zapięcie z wbudowaną mikroregulacją bez użycia narzędzi (nr części 117STZ001154), którą serdecznie polecam! Kosztem utraty rozszerzenia nurkowego zyskujemy zapięcie z BARDZO precyzyjną regulacją, którą możemy sobie podregulowywać długość bransolety w ciągu dnia. Jest to bardzo przydatne, gdyż obwód nadgarstka zmienia się w ciągu dnia w zależności od nawodnienia organizmu, zmęczenia, temperatury itp.

 

Podsumowując, oba zegarki mają bardzo dobre bransolety i zapięcia. Omedze odejmuję po punkcie za spasowanie bransolety z uszami oraz brak fabrycznej mikroregulacji, natomiast Tudorowi urywam punkcik za brak rozszerzenia nurkowego.

Punkty:
Omega 8/10
Tudor 9/10

 

 

Mechanizm

Przechodzimy teraz do wnętrza obu zegarków. W obu przypadkach mechanizmy są ukryte za pełnymi deklami i to chyba dobrze, ponieważ żaden z nich nie posiada pięknie zdobionego mechanizmu in-house. Mechanizmy są brane od szwajcarskiego producenta ETA, jednak w obu przypadkach są one znacząco modyfikowane. W Omedze bazę stanowi ETA2892, która jest wyposażana w autorski system wychwytu co-axial, który ma za zadanie zwiększanie precyzji chodu oraz zmniejszenie zużycia elementów mechanizmu, a co za tym idzie również wydłużenia okresów między przeglądami. Częstotliwość pracy została obniżona przez Omegę do 25200vph co pozwoliło na uzyskanie 50-godzinnej rezerwy chodu. Omega posiada również certyfikat chronometru wystawiany przez COSC (Contrôle Officiel Suisse des Chronometres). Zarówno ręczne nakręcanie jak i ustawianie daty działa bardzo płynnie i szybko a obsługa zegarka daje wiele satysfakcji. Na podkreślenie zasługuje fakt, że zmiana daty rozpoczyna się około 23:55 a kończy około 0:02 – coś pięknego!
Czysto teoretycznie Tudor ma gorszy mechanizm, którego bazę stanowi również ETA ale niższy model – 2824 w wersji Top. Również Tudor dokonuje własnych modyfikacji, poprzez zastosowanie lepszego systemu antywstrząsowego czy własnego regulatora. Na minus krótsza niż w Omedze rezerwa chodu (42h). Mimo, że Black Bay nie posiada cerytyfikacji COSC, praktyka pokazuje że mechanizmy w nich zastosowane z łatwością spełniają warunki stawiane chronometrom. Duże brawa za bardzo dobrą regulację fabryczną! Dodatkowo, w najnowszym modelu Black Bay Tudor zastosował już autorski mechanizm in-house który czerpie z doświadczeń Rolexa, posiada 70-godzinną rezerwę chodu i certyfikat COSC, czyniąc niestety zegarek blisko 2mm grubszym. Na plus mechanizmów ETA stosowanych w Omedze czy Tudorze przemawia również niedrogi serwis, który może być z powodzeniem wykonany poza autoryzowanym serwisem.

Podsumowując, odejmuję Omedze po punkcie za brak in-house i obiżoną częstotliwość pracy, natomiast Tudorowi minus 3 punkty – za gorszy mechanizm bazowy (również nie in-house), krótszą rezerwę chodu i brak certyfikatu COSC.

Punkty:
Omega 8/10
Tudor 7/10

Podsumowanie

Czas na podsumowanie porównania, zacznijmy od punktacji:

Omega 43 pkt.
Tudor 42 pkt.

Jak widać różnica jest bardzo niewielka i tak jest w rzeczywistości. W zasadzie oba zegarki są świetne i wybór któregokolwiek z nich zdecydowanie nie powinien się opierać na danych technicznych, a bardziej na charakterze zegarka, którego oczekujemy. Tudor jest masywniejszy, bardziej surowy, jednak w tej surowości doskonale wykonany. Omega jest delikatniejsza, wygodniejsza na nadgarstku ale dla niektórych może być zbyt “świecąca”. Szczęśliwie producenci wychodzą naprzeciw oczekiwaniom różnych grup klientów i każdy może znaleść coś dla siebie!

 

Autor: Michał Woźniak

Udostępnij


Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o